Gazda Wojciech Gąsienica Kotelnicki Szustek

Treść

Portret górala podhalańskiego ubranego w płócienną koszulę spięta ozdobną spinką, sukienne portki, skórzany serdak z wytartą już oprymą i filcowy kapelusz (tzw. kłobuk) z muszelkami kauri. Portret górala podhalańskiego ubranego w płócienną koszulę spięta ozdobną spinką, sukienne portki, skórzany serdak z wytartą już oprymą i filcowy kapelusz (tzw. kłobuk) z muszelkami kauri.
Nr inw. V/2313/S
Portret górala podhalańskiego ubranego w płócienną koszulę spięta ozdobną spinką, sukienne portki, skórzany serdak z wytartą już oprymą i filcowy kapelusz (tzw. kłobuk) z muszelkami kauri. Uwagę przykuwa twarz mężczyzny, szczupła, wyrazista, zahartowana wiatrem, słońcem i upływającym czasem. Krótki zarost na brodzie jest już siwy, ale wystające spod kapelusza kręcone włosy wciąż zachowują ciemny kolor. Przenikliwe spojrzenie jasnych oczu górala świdruje nas, współczesnych widzów, jakbyśmy tam stali naprzeciw niego 130 lat temu.

Bohaterem zdjęcia jest Wojciech Gąsienica Kotelnicki Szustek, gazda z Zakopanego, mieszkający z rodziną na zboczu Gubałówki, przy ulicy Kotelnica (zabudowania pod obecnym nr 5), stąd jego przydomek Kotelnicki. Na dwóch innych zdjęciach możemy zobaczyć fragmenty zagrody oraz niezidentyfikowane osoby z rodziny Szustków.

Portrety osób, które na szklanych negatywach (jak w tym przypadku) trafiły do Muzeum Etnograficznego w Krakowie w pierwszych dziesięcioleciach XX w., nieczęsto są podpisane z imienia i nazwiska. Do zbiorów szukano raczej tzw. „typów” ludowych lub przykładów strojów z danej miejscowości. W tym jednak przypadku, autor zdjęcia – Walery Eljasz-Radzikowski, wykonał klasyczny portret konkretnego człowieka, którego znał, którego twarz niewątpliwie go intrygowała, i którego opisał z imienia i nazwiska.

Walery Eljasz-Radzikowski (1840-1905) wywodził się krakowskiej rodziny artystycznej, sam był malarzem specjalizującym się w tematyce tzw. historycznej. Już jako młodzieniec, student ASP w Krakowie, uległ fascynacji małopolskimi górami, ich przyrodą, górską przestrzenią i jej mistycyzmem. Wędrówki po dzikich wówczas Tatrach, bez wyznaczonych jeszcze szlaków turystycznych, były dla niego ucieczką od osobistych problemów, inspiracją artystyczną i duchową. W wycieczkach takich turystom towarzyszyli miejscowi przewodnicy. Z czasem góry, stały się dla artysty pierwszoplanowym przedmiotem zaangażowania zawodowego, badań i popularyzacji na gruncie plastycznym i teoretycznym. Portretował górali, przewodników górskich oraz turystów, malował górskie widoki, wydawał pocztówki, kreślił mapy tatrzańskich szlaków. Publikował także ilustrowane przez siebie artykuły, w których opisywał realia życia pod Tatrami. W 1870 roku wydał „Ilustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic”, który do roku 1900 doczekał się pięciu kolejnych wydań. W 1876 roku, Radzikowski zbudował swój pierwszy dom na Krupówkach, w którym spędzał letnie sezony. W Zakopanem był znany i ceniony, również jako założyciel i działacz Towarzystwa Tatrzańskiego. W 1890 roku zaczął fotografować, a jego zdjęcia odznaczały się dużym profesjonalizmem: świetną jakością techniczną i kompozycją godną wykształconego malarza.

Wojciech Kotelnicki zapozował przed swoim domem dokładnie 15 września 1894 roku. Wiemy to z zachowanych notatek artysty, przechowywanych w Ośrodku Dokumentacji Tatrzańskiej TPN. Radzikowski prowadził rozmaite dzienniki, w tym dokładny spis fotografii, które wykonywał danego dnia. Znajdujemy tam następujący zapis:

 „D.15/9 1894. w sobotę zdjęte fotografie:
Wojciech Szustek (popiersie)
Wojciech Szustek (popsuta fotogr.)
Chata Szustka
Chata sąsiednia
(…)”

Możemy się domyślać, że obaj panowie nieźle się znali, bo Radzikowski był przecież, od niemal 20. lat, stałym bywalcem Zakopanego. Z kolei brat Wojciecha, Jakub Gąsienica Kotelnicki Szustek dorabiał jako miejscowy przewodnik po Tatrach. Dowiadujemy się o tym od… pracowniczki działu konserwacji Muzeum Etnograficznego w Krakowie, Renaty Palki, która rozpoznała w sportretowanym mężczyźnie swojego prapradziadka!

To już kolejna taka historia, kiedy nasza fotografia staje się pomostem między kilkoma pokoleniami, a pamięć przechowana przez potomków nadaje muzealnemu obiektowi nowe życie i sens.

Renata Palka zechciała opisać przeżycia jakie wywołały w niej rozpoznane fotografie i jak postać prapradziadka przywołała obraz kochanego dziadka. Oto jej wspomnienia:

"Urodziłam i wychowałam się w Zakopanem. Mój ojciec jest góralem, tak samo jak dziadkowie. Razem z nimi mieszkałam w domu rodzinnym na ul. Kotelnica. Dom wybudował mój dziadek w latach 60, zaraz obok swojego domu rodzinnego, w którym spędził część swojego dzieciństwa.

W Krakowie studiowałam i od dawna mieszkam właśnie tutaj. Od ponad roku pracuję w Muzeum Etnograficznym. I mam poczucie, że znalazłam się w odpowiednim miejscu. W pierwszych dniach pracy zaważyłam, że wizerunek mojego prapradziadka jest wyświetlany na ekranach w Muzeum. Portret Wojciecha kojarzyłam z domu, mój dziadek ma taką reprodukcję na swojej szafce nocnej. Kiedyś opowiadał nam, że mężczyzna ze zdjęcia to właśnie jego dziadek. Nigdy nie mówił o nim wiele ale wspominał, że ma jeszcze wątłe przebłyski z dzieciństwa, w których pojawia się Wojciech jako starzec ubrany w serdak, który kręci się po obejściu domu. Dziadek był jednak na tyle małym dzieckiem, że nie pamięta go zbyt dobrze.

Oglądając wystawę pt. „Czas naświetlania / Czas wywoływania. Fotografia Etnograficzna z Małopolski na przełomie XIX i XX w.”. zauważyłam, że ten sam portret Wojciecha pojawił się na ekspozycji. Dodatkowo okazało się, że istnieją dwa kolejne zdjęcia, o których nie miałam pojęcia. Na jednej z fotografii widoczny jest dom, w którym jako chłopiec wychowywał się mój dziadek. Zdjęcie datowane jest na koniec wieku XIX, a mój dziadek urodził się w latach 30. XX wieku. Gdyby nie wystawa, nie miałabym pojęcia że taka fotografia istnieje. Bez problemu rozpoznałam miejsce, które jest widoczne na zdjęciu. Rozpoznaję również krajobraz, który pojawia się w tle; mimo większej ilości zabudowań, widok nieba i pagórków pozostaje niezmieniony.

Zobaczenie (dosłownie) własnego „podwórka” na wystawie poświęconej najstarszym fotografiom Małopolski, w moim muzeum jest dla mnie ogromnym doświadczeniem. Na tej samej ulicy, dosłownie kilkadziesiąt metrów wyżej znajduje się mój dom rodzinny, w którym spędziłam całe dzieciństwo. Doskonale znam sąsiadujące budynki, wszystkie pola, łąki, lasy, historie związane z poszczególnymi miejscami i najstarsze drzewa w okolicy. Myślę że takie przeżycie pozwala poczuć swoje własne korzenie jeszcze mocniej i bardziej.

Dorastałam prawie w tym samym miejscu, w którym 1894 roku sportretowano Wojciecha. Z domem rodzinnym i moim dziadkiem kojarzy mi się rozpalanie ogniska i związane z tym dbanie o drzewka. Najważniejszym miejscem w naszym ogrodzie jest malutki sad dziadka; w nim drzewka owocowe i położone nieco dalej miejsce na ognisko. Kiedy na zewnątrz czuć było oznaki nadciągającej odwilży, a dnie robiły się dłuższe, dziadek bielił swoje drzewa wapnem. Lubił wtedy do nich mówić i dopytywać się ich, czy nie doskwierają im jakieś choroby. Jeśli tak było, zwykle głośno te zarazy komentował, żeby sobie szybko poszły, bo nic tu po nich. Jestem przekonana, że te drzewa słyszą mojego dziadka i jest między nimi jakaś niesamowita nić porozumienia, bo dzięki temu lepiej rosną i rodzą latem lepsze owoce. W końcu nie istnieją śliwki lepsze niż te, które wręczy mi do ręki mój dziadek. Pielęgnowanie drzew w ogrodzie niezależnie od pory roku zawsze wiązało się z ogniskiem i urywaniem z drzew martwych gałązek lub liści. Po nazbieraniu odpowiedniej ilości niepotrzebnego materiału dziadek zawsze dawał nam znać, że będziemy palić ognisko. Zwykle też był w stanie znaleźć dla nas jakąś dodatkową kłodę drewna, dzięki której mogłyśmy z siostrami wpatrywać się w ogień trochę dłużej. Doskonale wiedział, jak bardzo to lubiłyśmy. On w tym czasie chodził po ogrodzie, stawał przy każdym z drzew i bacznie je obserwował, zawieszając ręce na biodrach. Patrzył jak drzewko rośnie i czy nic mu nie dolega. Analizował, dotykał gałązek i rozwijających się pędów, a potem liści. Swoim trzecim dziadkowym okiem podpatrywał też, czy nie bawimy się ogniem zbyt intensywnie. Bywało że upominał mnie, kiedy rozpalałam czubki suchych gałązek i machałam nimi zbyt ochoczo w pobliżu głowy mojej starszej siostry lub własnej.  W mojej pamięci takie ogniska odbywały się o prawie każdej porze roku z wyjątkiem zimy. Jeden aspekt zawsze był stały: obecność mojego dziadka.

Dzięki niemu lubię też grabić liście w ogrodzie. Gdy byłam mała układałam sobie z nich kopce, do których później hałaśliwie wskakiwałam. Dziadek często kręcił się wtedy po ogrodzie i patrzył na mnie, śmiejąc się. Co jesień staram się grabić liście bo mam pewność, że nawet jeśli on nie ma już siły żeby wyjść do mnie na zewnątrz, to najprawdopodobniej obserwuje mnie przez okno. I zapewne też się wtedy lekko uśmiecha."

W zbiorach MEK znajduje się kolekcja ponad 300 fotografii Walerego Eliasza Radzikowskiego,  można je wszystkie obejrzeć na stronie: zbiory.etnomuzeum.eu

Opracowała: Anna Bujnowska
Opiekun: Anna Bujnowska Zadaj pytanie o obiekt

Obiekty powiązane