T T

To zdziwienie było zawsze

Z Mają Kubacką oraz Grzegorzem Graffem rozmawiają Paulina Sobczyk oraz Antoni Bartosz

„Postaci był niewielkiej, chudy, krępy, pochylony do przodu, o ruchliwej niespokojnej twarzy, skorej do uśmiechu i nagłych zamyśleń” – pisał o Heródku jeszcze w 1968 roku dla „Polskiej Sztuki Ludowej” Jerzy Darowski. Kim był Karol Wójciak, zwany Heródkiem, ten „osobny” mieszkaniec Lipnicy Wielkiej na Orawie, i kto go dla nas odkrył?

Grzegorz Graff: Pierwszeństwo odkrycia należy przypisać właśnie Jerzemu Darowskiemu, który pracował w Muzeum Tatrzańskim, gdzie był archiwistą i bibliotekarzem, ale, jak się domyślamy, zajmował się również etnografią „terenowca”. Wiemy, że jego pasją było dokumentowanie kultury góralskiej – od Podhala przez Orawę aż po Spisz. W swojej relacji, zawartej w artykule z 1968 r. dla „Polskiej Sztuki Ludowej” (artykuł powstał o wiele wcześniej i stanowił faktycznie pierwszy tekst o Heródku w ogóle, tyle że nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, ukazał się dość późno) Darowski opisał okoliczności, w których wraz Ireną Wrońską, koleżanką z pracy, poznali Heródka. Otóż w październiku 1959 r. wracali z wyprawy do Lipnicy Wielkiej. Pomimo stosunkowo późnej pory, coś ich tknęło, żeby zatrzymać się przy pewnej szopie. Etnografowie wiedzą, że czasem takie lamusownie kryją skarby, więc zajrzeli przez okno. Zobaczyli różne piętrzące się w nieładzie rzeczy, a ich uwagę przykuła rzeźba, jak pisze Darowski, „świeżej roboty”. Za chwilę pojawił się mieszkaniec szopy i tak poznali zarówno gospodarza miejsca, jak i autora rzeźby w jednej osobie. Tak zaczęła się trwająca przez lata znajomość między Karolem Wójciakiem a Jerzym Darowskim. Wiemy też, że figurkę, którą zobaczył jako pierwszą, wtedy, w heródkowej szopie, zakupiono do Muzeum Tatrzańskiego. Odkrywcami Heródka są więc niewątpliwie Jerzy Darowski i Irena Wrońska. (Ona sama była, zdaje się, botanikiem, pracowała w dziale przyrodniczym Muzeum Tatrzańskiego, ale na co dzień zajmowała się pewnie także etnografią.)

Kiedy Heródek nieco „wypłynął”, pierwszeństwo jego poznania przypisano Janowi Bujakowi – etnografowi pracującemu na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, który napisał artykuł do poczytnego tygodnika „Przekrój”, a w nim wspomniał o „Herodku” z Lipnicy Wielkiej. Był to rok 1967, numer z maja. W artykule pojawiły się ciekawie podkolorowane zdjęcia Jerzego Sierosławskiego, przedstawiające Heródka i rzeźby. Ponieważ Darowski swój tekst opublikował dopiero w 1968 r., czyli rok później, odkrycie Heródka przypisano Bujakowi. Przy okazji dodam, że Darowski mówi „Heródek”, a Bujak „Herodek” i do dzisiaj nie rozstrzygnięto, który z nich ma tak naprawdę rację.

Co to znaczy poznać się na Heródku? Zaczynamy naszą opowieść od tego, że ktoś przechodził i przystanął, przyczaił się, jakby namierzył coś fascynującego...

Maja Kubacka: Jerzy Darowski poznał się na Heródku, bo miał etnograficzną uważność. Osobną rolę odegrała na pewno jego postawa – poszukiwał autentyczności, umiał rozpoznać cechy zjawiskowe. Przecież to, co prezentuje Heródek w swojej sztuce, nie jest typowe dla sztuki ludowej czy naiwnej. Heródek proponuje coś zupełnie zaskakującego. Zatem poznać się na nim, to rozpoznać jego wrażliwość, autentyzm, ładunek emocji, które nie posiadają znanego nam odpowiednika.

Po Darowskim wiele osób (etnografów, badaczy, kolekcjonerów, ludzi zwyczajnie zaciekawionych, którzy przechodzili, przystawali) zarezonowało z przekazem, jaki miał dla świata. Sama też jestem ogniwem w tej historii, przy czym moje „poznanie się” na Heródku było bardzo ściśle związane ze sferą zawodową – zajmuję się teatrem, jego bardzo specyficzną odmianą: teatrem formy. Myślę, że gwałtowne zamilknięcie, któremu uległam, widząc po raz pierwszy prace Heródka, wywołane było właśnie uderzającą ekspresją formy tych rzeźb. Miałam okazję się przekonać później, że teatr plastyczny potrafi niezwykle mocno wydobyć siłę heródkowej formy czy to animując ją, czy to ożywiając, czy wplatając w tkankę spektaklu. Heródek przemówił do mnie przede wszystkim jako artysta.

Mówimy o kimś, kto urodził się w 1892 i zmarł w 1969 roku. Dzisiaj, 50 lat po jego śmierci, rozmawiamy o nim używając słów „wibracja”, „rezonans”. Skąd bierze się fakt, że Karol Wójciak – to, co czynił, co rzeźbił – wciąż oddziałuje w świecie, który jest przecież tak bardzo inny?

GG: Wydaje mi się, że istnieje coś takiego, jak dojrzewanie do odczytywania jego rzeźb. My akurat – mam na myśli Maję i mnie – możemy docierać do Heródka już tylko poprzez artefakty, dzieła, rzeźby i oczywiście wspomnienia. Natomiast Jerzy Darowski, Jan Bujak, Antoni Kroh, Maria Bujak byli tymi, którzy spotkali człowieka. Nie zapominajmy, że Heródek znany był w swoim środowisku jako muzykant. Chodził od domu do domu, muzykował też wszędzie tam, gdzie działy się jakieś uroczystości, wesela i zabawy. Dziś ludzie różnie o tym mówią; że trudno było w tym rozpoznać muzykę góralską, ale jednak było to pełne ekspresji. To jest jeden wymiar. Inny to Heródek gawędziarz – jak tylko widział, że ma słuchacza, że ktoś poświęca mu uwagę, odpływał w swoje światy wyobrażone, gdzieś między Orawą a niebem, opowiadał o rzeźbach, które, jak twierdził, miały do spełnienia misję. Miały uczyć, jak dobrze żyć, żyć „niehonornie” – czyli nie czyniąc krzywdy innym.

Wydaje mi się, że ci, którzy poznali Karola Wójciaka, w każdym wymiarze zauważali jego wrażliwość. Zauważali kogoś, kto choć żył na granicy społeczności, mieszkał kątem u kolejnych gospodarzy, wykonywał najniższe prace (był pastuchem, posługaczem), miał w sobie wyjątkową wrażliwość. I sądzę, że owo przekonanie, iż w tym człowieku, w tym co on tworzy, coś jest, powoli, ale jednak się pogłębiało. Wielu na początku miało z Heródkiem kłopot, nawet sam Antoni Kroh[1], który wyznał to w jednym z wywiadów. Jeśli w latach 60. jeździł na Orawę, to dlatego, że interesował go drzeworyt, rzeźba z Białego Potoku, dobra snycerka, architektura. Na twórczość Heródka patrzył właściwie z boku i dość się dziwił, skąd wokół niego tyle wrzawy.
Więc to zawsze był pewien proces. Heródek czasami nawet przeszkadzał w odbiorze swoich prac. Mówił nie do końca składnie, bardzo niewyraźnie. Za tłumacza w takich rozmowach służyły czasem dzieci czy osoby, u których mieszkał. Niemniej, miał w sobie ujmującą autentyczność, czerpał z absolutnie pierwotnej potrzeby tworzenia po to, żeby to szło dalej; żeby niosło swoje przesłanie.

Na wystawie zatytułowanej po prostu „Heródek” o Karolu Wójciaku mówią wiele mieszkańcy Lipnicy. Tyle że dziś, kilkadziesiąt lat później, są raczej zawieszeni między pamięcią, którą przywołują, a pamięcią cudzą, na którą reagują. I też sami się wszystkiemu dziwią, co potwierdza np. przywołany na wystawie cytat o „pożal się Boże patykach”, które, nie wiedzieć czemu, znalazły się w muzeum.

MK: To zdziwienie było zawsze. Co takiego jest w Heródku i w tych jego „gnotkach”? (Bo one nawet nie były uznawane za rzeźby, tylko mówiono na nie tak, jak się mówi na polana służące na opał – „gnoty”, „gnotki”, od gnata, przypominającego długą prostą kość). Że też z miasta przyjeżdżają je oglądać?! Dlaczego miastowi chcą z tym Heródkiem rozmawiać, kupować jego rzeźby? Były sytuacje, kiedy ktoś przyjeżdżał i pytał: „Którędy do Heródka?”. Uprzejmie wskazywano mu drogę, ale kiedy tylko taka osoba się odwracała, rysowano kółka na czole, sugerując, że ten, kto idzie do Heródka kupić jego rzeźby, sam musi być trochę nie z tego rejestru.

Jednak na wystawie cytowani są też mieszkańcy, którzy traktują Heródka z ogromną sympatią…

MK: Może dlatego, że po prostu pojawiła się okazja, żeby dobrze o Heródku powiedzieć. W Lipnicy to ciągle postać niedopowiedziana, kłopotliwe dziedzictwo. Są więc tacy, którzy chętnie o Heródku opowiedzą, żeby mu coś także oddać. Z biegiem lat pojawia się refleksja na temat tego, jak to było, jak teraz mogłoby być. Te rozmowy są bardzo żywe i dotykają Heródka takiego, jakim był, za którym nawet się tęskni. Pewna mieszkanka Lipnicy do dziś powtarza: „Kiedy patrzę w okno, to tak bym chciała widzieć go, jak do nas idzie. Cały czas mi go brakuje”. Spotykam osoby, które mówią, że one nie tyle za Heródka się modlą, co modlą się do Heródka. Do dziś traktują go jak dobrego ducha Orawy. Odczuwają jego obecność. „On tu jest, on nam pomagał, on mi się śnił”.

Czy to może być wpływ tego, że on w tej Orawie widział pępek świata, w którym wszystko się działo, gdzie wszystko się zaczynało, skąd wyszli nawet Apostołowie?

MK: To prawda, Heródek wyprowadzał swoje religijne kazania z Orawy. W społeczności Lipnicy wypełniał trudną, niejednoznaczną rolę osoby, która ciągle budowała jakieś napięcie. A przez to, że z racji swojej natury miał dostęp do pewnego sposobu patrzenia na świat, skłaniał ludzi do innego spojrzenia, próbował ich nakierować na inne potrzeby, inne wartości, inny świat.

Są takie zdjęcia, gdzie Heródek struga, ociosuje polano, a dwóch chłopców stoi i przygląda się, co on takiego robi, chociaż znowu robi to samo, co zawsze.

GG: To w ogóle była czynność, która magnesowała świat spoza Orawy. Więc ci chłopcy sami byli pewnie ciekawi, co w tych rękach Heródka powstaje, jak on to robi i co ci ludzie z miasta w tym widzą. Udało nam się w czasie naszych poszukiwań, bo one trwają już parę dobrych lat, dotrzeć właśnie do materiałów, które rejestrują wiele nieznanych wcześniej spotkań różnych osób z Heródkiem. Potwierdza się, że był muzykantem, rzeźbiarzem, a także – ku naszemu zdziwieniu – okazało się, że był piśmienny. Co prawda bardzo krótko chodził do szkoły, ale zapisał modlitwę. Ten manuskrypt jest w Muzeum w Rabce. Na wystawie pokażemy jedynie heródkowy autograf, kreślony nieporadną ręką. Heródek piśmienny nas zaskoczył i wiele osób, jak dzisiaj o tym mówimy, chce ten autograf zobaczyć, bo nie może sobie tego wyobrazić i do końca temu nie wierzy. Okazało się również, że Heródek malował obrazy. Na wystawie zobaczymy dwa przykłady takich prac.

Innymi słowy: Heródek cały czas odsłania nowe karty. A przez to, że forma jego rzeźb jest taka, jaka jest, te prace nie starzeją się, nie przebrzmiewają.

Jacek Łodziński mówi, że Heródek tworzy na granicy uproszczenia, ale nigdy tej granicy nie przekracza i jego rzeźby ciągle są czymś nieodgadnionym.

GG: Tak, umieściliśmy tę wypowiedź na wystawie – że jeśliby o jeden krok dalej uprościć tę formę, to już nic by z niej nie zostało. Ale Heródek zatrzymuje się właśnie krok przed.

Dałoby się go przenieść i wyobrazić w naszym świecie dziś? W Lipnicy? Czy, dajmy na to, w Krakowie?

MK: Heródek w Krakowie był, co prawda tylko raz, ale był i myślę, że świetnie sobie tu radził. Brał udział w uroczystościach pogrzebowych Infułata Ferdynanda Machaya w 1967 roku, najpierw w Kościele Mariackim, a potem na Cmentarzu Salwatorskim[2]. Heródek w Krakowie też jest stale obecny poprzez krąg osób, którzy go znają i lubią – artystów, aktorów, etnografów, etnologów, osób związanych z Piwnicą pod Baranami. W krakowskim muzeum etnograficznym mamy jedną z silniejszych kolekcji jego rzeźb w Polsce; w Krakowie także znajduje się prywatna kolekcja Leszka Macaka. Tak więc Heródek w Krakowie był i jest, a gdyby żył tutaj dzisiaj, myślę, że nadal byłby sobą i świetnie by się tu odnalazł.

Czy miałby coś do powiedzenia na temat ścinania drzew? Betonowania ziemi?

GG: Myślę że tak i to dużo. Wiemy z relacji, że był osobą bardzo empatyczną, nie tylko w stosunku do ludzi, ale też do zwierząt, zdarzało się, że opłakiwał zabitego na rosół koguta i była to dla niego trauma.

MK: Przynosił ranne zwierzęta z lasu, starał się im pomagać. Wiadomo, na wsi życie było surowe też w sensie traktowania zwierząt – były częścią inwentarza, który umożliwiał ludziom egzystencję i tam ten poziom czułości, który Heródek miał dla swoich braci mniejszych, nie był popularną postawą. Przez sam ten fakt budził w ludziach rodzaj zadziwienia.

Jest też na wystawie opowieść o tym, jak stoi w rzece i wyjmuje kamienie, żeby wzmocnić brzegi, by rzeka nie wylała…

MK: Tak, Heródek wziął na siebie misję lekarza ziemi, opiekuna Lipnicy, który czuł się odpowiedzialny za swoje miejsce. Na przykład starał się umacniać brzegi rzek i budować tamy, żeby woda nie porywała ludziom domów.

GG: Współcześnie mógłby godnie patronować takim inicjatywom. Był taki moment, kiedy mniej skupił się na rzeźbieniu, a bardziej na pracy potrzebnej dla otoczenia, bo też w ten sposób chciał być zapamiętany, chciał się do czegoś przydać. Stąd takie jego społecznikowskie, oddolne działania i nie zniechęcał się tym, że często była to absolutnie syzyfowa praca. Doceniono to jeszcze za jego życia – do samej śmierci przypadała mu rola niosącego krzyż w kondukcie pogrzebowym na grób nieboszczyka i też z tego go zapamiętano.

„Heródek chętnie tłumaczy swoje rzeźby i objaśnia symbole. Mówi dużo i szybko, zapala się i przejmuje. Chwilami patrzy gdzieś w przestrzeń i wydaje się, że zapomniał o słuchających i mówi tylko dla siebie i do siebie” – pisał Jan Bujak. Świątki, na co zwraca Pani uwagę również w swoich badaniach, były dla Heródka narzędziem do rozumienia świata.

MK: Do rozumienia i do naprawiania. Był przekonany, że jeżeli ktoś taką rzeźbę będzie mieć, to już przez sam ten fakt stanie się lepszym. „Będzie pani weselej”, mówił. Ten aspekt radości był dla niego bardzo ważny. Sam był zapamiętany jako postać niezwykle radosna, wręcz jako osoba o dziecięcej naturze i zachwycie nad światem, nad każdym kwiatkiem, zwierzęciem. Nie wiemy do końca, jaki był, gdy zostawał sam ze sobą. Możemy się domyślać… Musiał mocno odczuwać wszystko, co doskwierało mu w Lipnicy, ale też wydaje się, że puszczał to w niepamięć. Z pewnością natomiast chciał widzieć świat lepszym i dla niego taką filozofią, wzorcem życia, byli święci. Doskonale znał żywoty świętych. Okazuje się, że był także świetnie zaznajomiony z ikonografią i obierał sobie typ danego świętego jako reprezentanta odnośnego stylu życia czy propagowania takich, a nie innych wartości. Poprzez tych świętych – zresztą traktował swoje rzeźby jak osoby – starał się proponować ludziom filozofię życia, która będzie opierała się przede wszystkim na czynieniu dobra, na empatii wobec innych, na miłości – do świata, do ludzi, do przyrody.

GG: Na wystawie, wśród tych prawie 130 zgromadzonych rzeźb, widzimy sporą reprezentację, a nawet nadreprezentację, aniołów – wysłanników sfery niebieskiej. Co ciekawe, są to rzeźby najbardziej kolorowe – nasycone zielenią, błękitem, czerwienią. Myślę też sobie, że te gnotki, które Heródek rzeźbił, były dla niego przez moment jakąś namiastką rodziny, bliskich. Wiemy, że palono mu i niszczono te figury, więc zaczął chować je w sianie, w miejscu gdzie spał. Dopiero pod koniec życia spotkała go chwila uznania, dobre słowo i przede wszystkim zainteresowanie rzeźbami. Wtedy, spodziewając się gości, wynosił swoje rzeźby przed dom, na łąkę, w okolice potoku i aranżował ad hoc swojego rodzaju wystawę. Figury wystawiał też na pryzmach drewna. Podobno, jak już miał gości, którzy się temu przyglądali, robił to długo, starannie. Takie detale grały dla niego dużą rolę. Miał też rzeźby, które uważał za niedokończone i nie można ich było oglądać, nawet im się przyglądać, a już, nie daj Boże, próbować od niego kupić.

MK: Zastanawiałam się, czy Heródek wiedział w ogóle o artykule na swój temat w „Przekroju”, bo przecież artykuł pojawił się w 1967 roku, a Heródek zmarł w 1969. Pamiętam, że miałam kiedyś etap bardzo wnikliwego oglądania ogromnych powiększeń zdjęć szopy, w której mieszkał. Całej powyklejanej gazetami. Byłam ciekawa, czy ta strona z „Przekroju” gdzieś się pojawi. Pośród czasopism były zdjęcia reklamowe produktów, zdjęcia portretowe pięknych kobiet i różnych obrazów dewocyjnych, nie wypatrzyłam jednak artykułu z „Przekroju”. Więc nie wiemy, czy Heródek miał świadomość, że taki artykuł o nim powstał, czy mu o tym powiedziano, czy mu go przywieziono.

Jakie pytania Heródek wnosi dzisiaj? Czy może być inspirujący współcześnie?

MK: Dla mnie jest postacią, która dodała mi twórczej odwagi. Utwierdził mnie, że trzeba robić „po swojemu”, tak, jak się coś czuje. Przy okazji pracy nad monografią, odbyłam rodzaj mini–studiów na temat roli odmieńca w społeczności. Heródek każe mi też myśleć o podobnych mu osobach, z którymi stykam się codziennie – w tramwajach, autobusach. Zastanawiam się też, jak ja bym się wobec Heródka zachowała, gdybym żyła w jego otoczeniu i czasach; jakie miałabym do niego nastawienie, widząc go takim, jakim był, jak żył. Heródek jest dla mnie bardzo dużą lekcją, polegającą na powstrzymaniu pierwszego wrażenia, które często mi się narzuca w konfrontacji z kimś lub czymś bardzo odmiennym. Warto mu nie ulegać, albo choćby na chwilę odsunąć.

GG: Kiedy zaczynała się moja przygoda w „czytaniu” Heródka i podążaniu jego tropami, wydawało mi się, że z Heródka zachowało się bardzo mało. Z tych domniemanych 400 prac, które miał ponoć wyrzeźbić, odnaleziono tylko 154, choć ta liczba jednak się powiększa, bo odkrywamy istnienie nieznanych rzeźb. Ale kiedy przeglądałem archiwalia i zdjęcia, naszło mnie spostrzeżenie, że w gruncie rzeczy te sto parę fotografii, na których Heródek występuje jako główny bohater – bo oczywiście zachowały się zdjęcia prac i otoczenia, gdzie funkcjonował; zdjęcia wykonane przez profesora Reinfussa, Sierakowskiego, profesora Pokropka – to w gruncie rzeczy jest aż sto, ponad sto, fotografii. Pojawia się pytanie, czy w Lipnicy żył w tym czasie jeszcze ktoś, po kim zostało tyle zdjęć? Prawdopodobnie nie. Bo zdjęcia są nośnikiem nietrwałym, podówczas były drogie i tutaj muszę powiedzieć, że zadziwiło mnie, a nawet ucieszyło to, że Heródek został tak dowartościowany. Z tego płynie nauka – nie oceniaj przedwcześnie!

Inna sprawa (tu wrócę do tego, co powinno się też pojawić gdzieś na początku naszej opowieści), że moje pierwsze spotkanie z Mają miało miejsce w Muzeum Etnograficznym w Krakowie, a jakże! Przyszła kiedyś z pomysłem napisania dramatu poświęconego Heródkowi i pamiętam, że powiedziałem: „Pani Maju, to się nie uda”. Wiem z doświadczenia, że przychodzą do nas osoby z różnymi pomysłami, ale ostatecznie bardzo rzadko dochodzą one do skutku. To wymaga sporo pracy, pomysłowości, kreatywności i borykania się z przeszkodami, jakie rychło pojawiają się na drodze. Otóż Mai się udało i w tym także widzę znak. Skądinąd mówimy sobie, że ta nasza wspólna praca jest „snuciem mitu o Heródku od nowa”. Od nowa opowiadamy o nim opowieściami, których użyczają nam osoby, które go pamiętają. Sami jakąś część dokładamy. Snujemy mit w dosłownym tego słowa znaczeniu – opowieść o rzeczach dawnych, a ważnych, które dziś także wprawiają naszą wyobraźnię w ruch.
 
 
 
[1] Antoni Kroh – etnograf i pisarz, kurator wystaw i konkursów poświęconych sztuce ludowej Karpat, zawodowo związany z Muzeum Tatrzańskim i Muzeum Okręgowym w Nowym Sączu; Maria Lechowska–Bujak (1930–2018), etnografka, wieloletnia dyrektor Muzeum im. Władysława Orkana w Rabce–Zdroju.
[2] Ks. Ferdynand Machay (1889–1967). Społecznik, działacz niepodległościowy i publicysta. Pochodził z Jabłonki, na Orawie. W Krakowie był proboszczem parafii salwatorskiej (1937–1944), a potem kościoła mariackiego (1944–1967).