T T
Grafika autorstwa Anny Zabdyrskiej utrzymana w prostej, czarno-białej kolorystyce.

Realne/nierealne

Na początku kwietnia media obiegły słowa amerykańskiej astronautki Jessici Meir, od końca września przebywającej w kosmosie: „To dla nas bardzo nietypowe i trochę surrealistyczne, gdy obserwujemy, co się dzieje na Ziemi (…) Wygląda na to, że wrócimy na całkowicie inną planetę”.

Odczucie surrealizmu towarzyszy także nam – tutaj, na dole. „Nadal nie mogę uwierzyć w to co się dzieje dookoła – pisze ktoś w odpowiedzi na pytanie o realność zachorowania – ale jednocześnie każde wyjście z domu jest nieco traumatyczne”.

Straciliśmy poczucie bezpieczeństwa, jakie gwarantowała codzienna rutyna. A może i poczucie rzeczywistości. Dzikie zwierzęta widywane w miastach, puste ulice, ludzie w maskach… Porzuciliśmy wiele zwyczajnych praktyk, skupiając się na tym, co ma nas chronić. Ćwiczymy się w ostrożności, zachowywaniu dystansu, dezynfekcji. Ćwiczymy wyobraźnię. „Nie potrafię sobie wyobrazić, że wirus może dopaść także mnie”. To wszystko jest „realne i nierealne równocześnie”.

Aż za dobrze wiemy, jak wygląda koronawirus – zapamiętamy powielany przez media wizerunek kolorowej kulki z kolcami. A jednak na co dzień, w tych sytuacjach, kiedy chcielibyśmy się przed nim ustrzec, pozostaje niewidzialny. Wiemy, że nam zagraża, a jednak „wydaje się zagrożeniem nierealnym, jak z filmu science fiction”.

Nie chodzi o to, że nie wierzymy w pandemię. Przestrzegamy procedur. Domyślamy się, że ryzykujemy nawet na zakupach: „Wystarczy, że wejdę do sklepu, dotknę czegoś, czego dotknął ktoś inny, być może niewiedzący, że jest zarażony. A dalej trudno mi sobie to wyobrazić”. Staramy się pilnować, pamiętać o tym, że możemy być dla siebie nawzajem zagrożeniem. I bardzo chcemy o tym zapomnieć.

A przecież nie da się nie myśleć o chorobie, jeśli każdego dnia martwimy się o bliskich, którzy są „na pierwszej linii”: „tato jest ratownikiem medycznym”, „mama jest pielęgniarką, dorabia w szpitalu do niskiej emerytury”. To tylko przykłady. W jak wielu rodzinach są osoby zaliczane dziś do grupy największego ryzyka? „Każde kaszlnięcie, katar, ból głowy budzi wewnętrzny niepokój”.

W anonimowej ankiecie możemy przyznać się do tego, że bywamy przerażeni, że lęki dopadają nas nocą. Tak, uważamy, że zagrożenie jest realne. Nie widujemy naszych bliskich, bo chcemy ich chronić. A jednocześnie tęsknimy i boimy się, że nie zobaczymy ich nigdy więcej. Że nie będziemy mogli być przy chorych, umierających.

Uspokajamy się przekonaniem, że tragedie wydarzają się „gdzieś tam” i w książkach, nie „w naszym realnym świecie”. Fantazjujemy, że już się uodporniliśmy, że to z koronawirusem mieliśmy do czynienia podczas fali przeziębień w styczniu i lutym, że „cała rodzina już przeszła infekcję, że nic nam nie grozi”. Przyzwyczajamy się, oswajamy codzienne lęki: „Jestem już trochę spokojniejsza, bo wiem, że wszystkiego nie skontroluję”. Nie chcemy panikować.

„Myślę czasem o śmierci, że ona jest i że kiedyś nadejdzie” – napisał ktoś.

Ktoś inny: „Przetrwamy”.


29.04.2020
Dorota Majkowska-Szajer


Tekst powstał na podstawie odpowiedzi na pytanie numer 33, które brzmi: „Czy zagrożenie zachorowaniem, własnym lub kogoś z bliskich, wydaje Ci się realne? Jakie myśli temu towarzyszą?”.

Źródło przytoczonej wypowiedzi Jessici Meir: Paula Szewczyk, Astronautka Jessica Meir radzi, jak przetrwać w izolacji; (czytane 6.04.2020)