Torebka I Mikrohistorie 30.10.-27.11.

zdjęcie zdjęcie

Przeciętny mieszkaniec Europy produkuje rocznie około 100 kg plastiku. Nie jesteśmy w stanie wszystkich tych śmieci poddać recyklingowi, ale są osoby, które zbierają plastikowe odpady i tworzą z nich przedmioty użytkowe – jak na przykład grupa uchodźców we Włoszech, o których opowiedziała nam Anna Minkiewicz.

 

Po wojnie rodzice pani Anny znaleźli się w Holandii. Jeszcze jako dziecko zdała sobie ona sprawę, jakie miała szczęście, że trafili właśnie tam, a nie np. na Syberię. To pewnie miało wpływ na jej późniejsze wybory życiowe.

 

„Jako dziecko kiedyś przeczytałam, że w tej samej sekundzie, co ja się rodziłam, na świecie rodziło się jeszcze pięć innych osób. To mnie zafascynowało: kim są tamte osoby, które się urodziły dokładnie w tej samej chwili co ja. Gdzie one są?  Pomyślałam, że może ktoś z nich jest inteligentniejszy, bardziej pracowity, jest lepszym człowiekiem ode mnie, ale nie będzie miał okazji rozwinąć swoich talentów, ponieważ urodził się w jakimś odległym miejscu, gdzie nie ma takich możliwości. I to, jeszcze kiedy byłam dzieckiem, chyba wytworzyło we mnie poczucie odpowiedzialności za tych, którzy nie z żadnej winy, a z powodu losu może nigdy nie będą mieli moich szans rozwoju swojego potencjału. Że powinnam podzielić się moim wykształceniem z tymi, którzy takich szans nie mieli.”

 

Pani Anna skończyła więc studia inżynieryjne: rolnictwo tropikalne, „bo nie nadawałam się na medycynę, a wiadomo, że ludzie muszą jeść”. Pracowała zawodowa w terenie w wielu krajach afrykańskich i azjatyckich, starając się w mikroskali wiejskiej poprawić byt miejscowej ludności.

 

Widziałam koszmarną biedę i kompletny brak perspektyw. Trzeba pamiętać, że bieda, która tam panuje, jest w dużej mierze spowodowana przez nasz europejski kolonializm. Wszystko stamtąd wywoziliśmy, niczego prawie nie oddawaliśmy. A teraz dalej to trwa, bo ponadnarodowe korporacje – przy pomocy skorumpowanych miejscowych kacyków – dalej wyciągają z Afryki i bardzo mało oddają. Argument Polski, że my nigdy nie mieliśmy kolonii, więc nie mamy złego sumienia i nie potrzebujemy pomagać uchodźcom, jest absurdalny. Dobrobyt, z którego my jako członkowie Unii Europejskiej pełnymi garściami korzystamy, przecież powstał z wykorzystania Trzeciego Świata!

 

Zresztą nie tylko korporacje są winne wyzysku. Rządy USA, Kanady czy też UE regularnie wykorzystują kraje rozwijające się jako rynek zbytu dla swojej subwencjonowanej nadprodukcji rolnej (tzw. dumping), nie zważając na to, jak to wpłynie na miejscową gospodarkę. Kiedy my gdzieś w Afryce zalewamy rynek naszym – sztucznie tanim - mlekiem w proszku, miejscowi właściciele bydła nie mają komu sprzedać swojego. UE kilkadziesiąt lat temu swoją nadprodukcję wołowiny tak tanio sprzedała do Sahelu, że miejscowego mięsa nikt tam już nie kupował, stada się nadmiernie rozrosły, a to spowodowało wzrost dezertyfikacji tego rejonu. Taka ‘pomoc’ więc nie tylko nie sprzyja rozwojowi miejscowej gospodarki, a ją hamuje, co pogłębia bezrobocie i biedę, oraz napędza migrację.

 

Oczywiście bywa również niewłaściwa miejscowa polityka rozwojowa.

 

Tak na przykład w Zambii – gdzie pracowałam w latach ’80 – ludzie głównie żywili się czymś w rodzaju twardej kaszy, z mięsem czy jarzynami. Tę kaszę można przygotować z mąki kukurydzianej, sorgo, prosa czy też kassawy.

 

Ta ostatnia jest najgorsza w smaku i najuboższa w składniki odżywcze. Kukurydziana zaś jest najsmaczniejsza. Z tego powodu tamtejszy rząd promował uprawę kukurydzy, kiedy sytuacja agroekologiczna nadawała się co najwyżej do uprawy prosa a plony kukurydziane nie raz były mniejsze niż ilość nasion zasianych ... Rządowi chodziło o to, aby sobie zaskarbić mieszkańców miast, którzy stanowią najważniejszą grupę wyborców i którzy żądali mąki kukurydzianej. Czasem więc trzeba walczyć z miejscowymi władzami, np. starając się o rehabilitację wzgardzonego prosa, którego walory odżywce są wystarczające a plony pewniejsze i większe niż te kukurydzy.

 

Z drugiej strony nie raz nasza ‘pomoc rozwojowa’ powoduje szkody, ponieważ zakłada, że my z naszym rozwojem technologicznym wszystko lepiej wiemy niż miejscowa ludność, której chcemy pomagać. Taka neokolonialna arogancja nie tylko jest ubliżająca dla miejscowej ludności, ale i nieraz – kiedy wprowadzamy zmiany, które może u nas się sprawdziły, ale są niedostosowane do miejscowych realiów - więcej niszczy niż rozwija. Ci, którzy na początku lat ’90 mieszkali w Polsce, pewnie pamiętają jak różnorodni ‘eksperci’ zagraniczni koniecznie chcieli nam wszystko zmieniać – nie zawsze na lepsze.”

 

Toteż Pani Anna jest zwolenniczką nie pomocy, a współpracy rozwojowej, która łączy wiedzę i doświadczenie miejscowe z naszą wiedzą naukową.

 

„Ci ludzie na miejscu wiedzą co najmniej tyle samo co my, mają tylko inną wiedzę. Doświadczenie z dziada pradziada, znają klimat, znają glebę. Oni wypracowali sposób rolnictwa, który nie dąży do maksymalnych plonów, a do optymalnych, to znaczy do kompromisu między ich teraźniejszymi potrzebami i tymi, które będą mieć ich potomków. My dążymy do maksimum, stosując potężne dawki sztucznego nawozu i środków chemicznych, które na długa metę jałowią i zatruwają glebę, która w pewnej chwili przestaje cokolwiek produkować.

 

Oni zaś, pomijając to, że na ogół nie mają, jak zdobyć tych nawozów, wolą uzyskać, powiedzmy, tylko 80% tego, co mogliby zebrać, gdyby uprawiali ‘po naszemu’. Za to nie wyczerpują i nie zatruwają gleby i w ten sposób zabezpieczają te same 80% dla ich potomków. Warto wspomnieć, że nasze rolnictwo ‘organiczne’ wywodzi się właśnie z doświadczeń takich niby ‘prymitywnych’ form rolnictwa, spotkanych w Afryce czy Ameryce Południowej. Z takiego synergicznego połączenia ich wiejskiego doświadczenia i rozsądku z naszą wiedzą ‘książkową’ powstają najbardziej trwałe rozwiązania. Niestety wielu naszych ‘ekspertów’ wciąż koniecznie chce się wykazywać spektakularnymi postępami i próbuje narzucać nasz model rolnictwa ‘przemysłowego’.”

 

Pani Anna uważa, że naszym obowiązkiem jest pomaganie ludziom w potrzebie. Dlatego w ramach lojalności wobec innych krajów UE pomaga na wszelkie możliwe sposoby uchodźcom. Przy okazji spotkań, które organizuje na temat uchodźców, sprzedaje przedmioty wyprodukowane z odpadów plastikowych przez członków samowystarczalnej spółdzielni Refugee ScArt w Rzymie. Ta składa się z uchodźców z różnych krajów afrykańskich, którym włoska organizacja Jezuitów (Centro Astalli) udostępniła lokal w jednym z swoich ośrodków. Zebrali już wiele tysięcy kilogramów odpadów plastikowych – w ten sposób też pomagają sprzątać Rzym, miasto, które ich przygarnęło i udzieliło im azylu.

 

Więcej o spółdzielni: http://www.refugeescart.org/p/refugee-scart-english.html

 

Opracowała Agnieszka Marczak.

Opiekun: Jacek Kukuczka Zadaj pytanie o obiekt

Obiekty powiązane