Syfon I Mikrohistorie 21.08.-17.09.2018

zdjęcie zdjęcie

„Słyszałam, że w tej okolicy jest bardzo zdrowa woda, skocz no, kochaneczku, to napijemy się razem” – upał musiał nieźle doskwierać bohaterom filmu Podróż za jeden uśmiech z 1972 roku, skoro jeden z nich zdecydował się wyskoczyć z pociągu, by nabrać wody z hydrantu. Jednak w PRL istniały również mniej ekstremalne sposoby na gaszenie pragnienia, o czym opowiedziała nam Dorota Mularczyk. 

Prezentowany syfon został kupiony przez ojca pani Doroty, Wacława Mularczyka. Syfon służył do domowej produkcji wody gazowanej, nasyconej dwutlenkiem węgla, uwalnianym ze specjalnych nabojów, umieszczanych w głowicy urządzenia.

 

Ta woda była pyszna! 

„Ale ona nie miała smaku jak współczesna woda gazowana w butelce. Miała taki posmak specyficzny. Bąbelków było bardzo dużo, że jak się piło, to one wlatywały tak prawie przez nos. Tak rosły w ustach! Ta woda miała taki zapach, posmak, no, nie wiem, jak smakuje dwutlenek węgla, ale ona… może sody rzeczywiście? Skoro nazywała się woda sodowa?” 

Czasem do wody z syfonu dodawano sok domowej roboty. Jak mówi pani Dorota: „W każdym porządnym domu robiło się przetwory. I u nas się robiło sok malinowy i porzeczkowy, ponieważ nasz ogród był obsadzony porzeczkami. Zbiory porzeczek latem sięgały parudziesięciu kilogramów! Robiło się z tego zarówno sok, jak i galaretkę”. 

Kiedy było gorąco, na ulicach pojawiały się saturatory, czyli wózki z wmontowaną butlą ze sprężonym gazem i syfonem. „Muszę powiedzieć, że dla nas dzieci, mimo że mieliśmy w domu syfony, to takie korzystanie z saturatora ulicznego było i tak szaloną frajdą”.

 

Kolekcjonowanie „po peerelowsku” 

Pani Dorota pamięta, że w jej domu rodzinnym znajdowało się wiele rzeczy po kilka egzemplarzy, także syfonów. „Rodzice przez całe lata gromadzili wszystko, no w taki sposób peerelowski, przyzwyczajeni do tego, że wobec braków rynkowych należy zgromadzić jak najwięcej rzeczy, bo czego się nie kupi dziś, to tym bardziej nie kupi się jutro. Nawet na tej zasadzie, że lepiej posiadać w domu przedmiot niż pieniądze. Tak mi się wydaje, że rozumowanie tamtego wojennego pokolenia było takie, że z pieniędzmi mogą się zdarzyć różne rzeczy. Że rodzice mieli w pamięci, że pieniądze są rzeczą bardzo niepewną, czymś, co w każdym momencie może ulec totalnej zmianie, dewaluacji, wymianie”.

 

Wspomnienia pozostawione w muzeum

 

Pani Dorota uwielbia zwiedzać muzea, dlatego kilka przedmiotów z dzieciństwa postanowiła przekazać MEK. „Zawsze odczuwam niesamowitą radość i satysfakcję, oglądając te rzeczy, które się wiążą z moim dzieciństwem, że sama tych rzeczy używałam. Ale wtedy te rzeczy były paskudne i niewygodne. Wełna swetra była szorstka. Dederon fartuszka dziecięcego był nieprzewiewny i gorący… Ale później, po dwudziestu czy trzydziestu latach, te rzeczy stały się dla mnie kultowe i z wielką frajdą je oglądam. Dlatego stwierdziłam, że byłoby lepiej te rzeczy oddać do muzeum, żeby dzisiejsza młodzież miała taką samą radość z ich oglądania jak ja”.

 

Opracowała Agnieszka Marczak. 


O cyklu MIKROHISTORIE 

Spoglądamy na przedmioty z kolekcji MEK oczami ich dawnych użytkowników. Co miesiąc rozmawiamy z inną osobą, by móc usłyszeć niewypowiedziane dotąd historie rzeczy z perspektywy ludzi, do których one należały. Powstają w ten sposób opowieści: o domu, dzieciństwie, podróżach. Innym razem: o pracy, wierze, pięknie i miłości. Mikrohistorie o życiu, po prostu. 

Wybrane obiekty oraz fragmenty rozmów z ich byłymi użytkownikami można oglądać w Ratuszu na Placu Wolnica 1, bez konieczności kupowania biletu.

Opiekun: Justyna Masłowiec Zadaj pytanie o obiekt

Obiekty powiązane